Ao no exorcist: Piekielnie dobry egzorcysta

  • Dodał: Milina, Autor recenzji: Vivienn, Korekta: Alicja
  • 2012-07-04 13:05:00

Od najmłodszych lat zarówno rodzice, jak i inni dorośli z naszego otoczenia wpajali nam, co jest dobre, a co złe. Przekonywali, że powinniśmy dzielić się zabawkami z innymi i nie możemy bić kolegów za to, iż mieli czelność bawić się naszym ulubionym zielonym samochodzikiem. A co by się stało, gdyby ktoś wziął sobie za cel zatarcie cienkiej granicy pomiędzy dobrem a złem lub spróbował pokazać, że to, co przyjęło się uważać za złe, niekoniecznie takie jest?

Na taki pomysł wpadło studio A-1 Pictures (
Kuroshitsuji, Pandora hearts) – zapragnęło udowodnić nam, iż wszystko zależy od punktu widzenia (lub od tego z kim się przyszło). W 2011 r. wypuściło na światło dzienne swoje kolejne dzieło, nazwane Ao no Exorcist. Jednak może lepiej byłoby, gdyby wcale się nie ukazało lub trochę poczekało, aż będzie więcej materiału fabularnego w postaci kolejnych tomów mangi? Zaraz spróbuję wyjaśnić, o co chodzi. Ale po kolei. Seria została stworzona na podstawie mangi autorstwa Kazue Katou, lecz gdy rozpoczęto ekranizację, wydane zostało zaledwie 5 jej tomów. Pozostawiło to (niestety) twórcom anime (tu m.in. reżyser Tensai Okamura, scenarzysta Ryota Yamaguchi i projektant Keigo Sasaki) większe pole do popisu przy prowadzeniu akcji. Manga oraz anime zakładają istnienie dwóch światów: Assiah, odpowiednika naszej szarej rzeczywistości oraz Gehenny, zamieszkiwanej przez demony. Oczywiście, jak to zwykle bywa w historiach o egzorcystach, demony zapragnęły tę nudną codzienność trochę rozkręcić i opanować ją. I tak oto zaczyna się historia opowiedziana w naszym anime.

Niebieska noc. Taką nazwę zyskała chwila uciech, którą zafundował sobie szanowny lord szatan wraz ze swoją świtą. Niszczyli świątynie i inne miejsca kultu, plądrując, gwałcąc i mordując; a wszystko spowijał niebieski ogień. Kilkanaście lat po owej tragedii poznajemy naszego głównego bohatera – Rina Okumurę, który to jako piętnastolatek dowiedział się ciekawych rzeczy na temat swojego pochodzenia i zapragnął pokonać szatana. Tak, wiem: wydaje się to niewiarygodne, lecz wszystko zdaje się być możliwe, gdy jest się synem samego Lucyfera... i gdy oglądamy anime. Tak, mowa o naszym kochanym Rinie. Otóż piekło postanowiło upomnieć się o swego panicza, pół-człowieka, pół-demona i jednocześnie łącznika pomiędzy Gehenną a Assiah. Jego opiekun – ksiądz i egzorcysta Shirou, nie dał rady przeciwstawić się piekłu i zginął. Przed śmiercią zdążył oddać Rinowi miecz zwany Kurikara, w którym zapieczętowana jest jego moc, oraz telefon z numerem do tajemniczego przyjaciela, którym okazuje się być, o ironio!, demon Mephisto Pheales, dyrektor akademii Prawdziwego Krzyża. Rin wraz z bratem bliźniakiem o imieniu Yukio przeprowadzają się do owej akademii. Rin rozpoczyna naukę w klasie egzorcystów, a Yukio jest, uwaga, uwaga, nauczycielem. I tak zaczynają się przygody dwóch synów szatana w szkole dla młodych egzorcystów.

To może przyjrzyjmy się teraz naszym bohaterom. Rin Okumura ma oczy błękitne jak jego płomienie i… sympatyczny, futrzasty ogonek. Bywa leniwy, narwany i zachowuje się, jakby cierpiał na chorobę zwaną:
jeśli raz dziennie czegoś nie przeskrobię, to życie straci sens. Natomiast jego brat, Yukio, to całkowite przeciwieństwo Rina (przynajmniej jeśli chodzi o charakter): jest opanowany, utalentowany i miły. Wygląda prawie jak jego starszy brat, lecz brak mu demonicznych cech, a oczka ma piękne, zielone. W klasie dla egzorcystów uczą się też inne osoby, których zarys psychologiczny jest – przynajmniej na początku serii (później robią się oni strasznie stereotypowi i płytcy) – ciekawy i zróżnicowany. Spotkamy tu m.in. Shiemi (najbardziej wkurzającą postać w tym anime) – typową słodziutką dziewczynkę, wierzącą, że każdy jest dobry; ambitnego, poważnego i wiecznie zirytowanego na Rina, Ryujiego, który często rywalizuje z Kamiki – uzdolnioną, lecz też nieco zarozumiałą uczennicą o świetnej pamięci, charakterze typowej tsundere i okrągłych brwiach, którym zawdzięcza przydomek „brewka”. Shimę charakteryzuje natomiast beztroski charakter, wyluzowana postawa i jasnoróżowa czupryna. Konekomaru, choć miewa chwile słabości, odegra w anime całkiem dużą rolę; zna sporą część Pisma Świętego, które nawet w sytuacjach stresowych doskonale recytuje. Plejady bohaterów dopełnia nietypowa postać: odziana w bikini i szorty, seksowna egzorcystka w wieku 26 lat (sama twierdzi, że ma 18); posługuje się ona demonicznym mieczem, a nazywa się Kirigakure Shura (shura oznacza rzeź, rozlew krwi). Warto również wspomnieć o demonicznej części bohaterów anime. Mephisto Pheles (oficjalnie nazwisko: Johann Faust V) jest dyrektorem Akademii Krzyża Prawdy. Kocha słodkości, hazard oraz manipulowanie ludźmi. Jak sam określił, Assiah jest jego wielkim placem zabaw. Jego brat, Amaimon (amai mono znaczy słodkie rzeczy) lubi się bawić i - podobnie jak Mephisto - uwielbia wszelkie słodkości; na czubku swojej zielonej głowy ma charakterystyczny kolec, który, gdy jest nadęty, przypomina brokuł. Denerwuje się, gdy ktoś przeszkadza mu w jego zabawie.



Perypetie wyżej zaprezentowanych postaci, zamknięte w 25 odcinkach serii, dzielą się na te porywające i na, tak zwane, wypełniacze. Fabuła do mniej więcej szesnastego odcinka (wtedy to skończyły się wydane tomiki mangi i rozpoczęła się wesoła twórczość osób odpowiedzialnych za anime) rozwija się w miarę dobrym tempie. Niestety, po 16 odcinku twórcy próbują nam wtłoczyć w sposób łopatologiczny wiedzę potrzebną do dalszego ogarnięcia rozumem zakończenia, przez co niektóre wątki zostają niewyjaśnione, a potrzebne lub niepotrzebne w danej scenie postacie zaczynają znikać i pojawiać się nie wiadomo skąd. Zakończenie mnie osobiście nie satysfakcjonuje, gdyż uważam, że twórcy chcieli na siłę przekonać nas iż
ciężka pracą i samozaparciem zawsze osiągniemy upragniony cel, lub dobro zawsze zwycięży, co moim zdaniem jest dosyć dziecinne.

Grafika jest według mnie dobra, dostosowana do poziomu anime. Podobały mi się sceny walk, lecz, jak to często bywa, gdy scena nic nie wnosi do rozwoju fabuły (a było takich też troszkę...), grafika się pogarsza. Najbardziej podobały mi się momenty, w których ekran wypełniały lazurowe płomienie Rina. Także tła są względnie rozbudowane i szczegółowe. Inaczej ma się sprawa z muzyką. Był to niewątpliwie czynnik, który wpłynął na to, iż seria zapadła mi głęboko w pamięć. Twórcy zaserwowali nam dwie wersje openingu: Uverworld –
Core Pride z mocnymi dźwiękami perkusji (tak mi się spodobał, że zagłosowałam na niego w konkursie na najlepszy opening) oraz Rokies is Punk'D In my world – w rockowym brzmieniu gitar elektrycznych. Możemy podziwiać również dwa endingi: wolną, pocieszną piosenkę Take Off 2PM oraz szybki utwór, który urzekł mnie swoją tajemniczością – Wired Life śpiewany przez Meise Kuroki.


Zaczynałam oglądać serię
Ao no exorcist z pozytywnym nastawieniem, głównie dlatego, iż została stworzona przez studio A-1 Pictures, które ostatnio jest moim ulubionym. Pomimo kilku faux pas popełnionych przez twórców, nie zawiedli moich oczekiwań. Serię polecam zwłaszcza młodszym fanom egzorcyzmów i niebanalnej fantastyki, którzy oczarowani magią serii, prawdopodobnie nie będą mieli za złe jej niedociągnięć. Zaś starszym, bardziej wymagającym widzom, którzy nie przepuszczą żadnemu anime, każde wnikliwe analizując, radziłabym zacisnąć zęby, spróbować obejrzeć i przebrnąć przez gorsze momenty serii, ponieważ naprawdę warto po nią sięgnąć. Mimo że autorzy na siłę starali się wcisnąć pouczające przesłanie oraz udowodnić nam, że nie ma czarno-białego podziału na dobro i zło, a tak naprawdę istnieje wiele pośrednich kolorów, nie zepsuło głównego wątku fabuły i seria jest naprawdę ciekawa.


Ocena ogólna: 7/10
Treść: 5/10
Oprawa audiowizualna 7/10