Kore wa Zombie Desu ka: Dziewczyny w spódniczkach i zombie. Też w spódniczce

  • Dodał: Milina, Autor recenzji: Bantikat, Korekta: Alicja
  • 2012-05-04 15:25:00

Moja pierwsza myśl po obejrzeniu Kore wa Zombie Desu ka? brzmiała mniej więcej tak: What the hell? Kolejna była bardziej rozbudowana: Nie no, nie zapomnę tego anime! Bardzo mnie rozśmieszyło. Tak, już na wstępie chciałbym zaznaczyć, że produkcja ta, pochodząca ze Studia Deen, niesamowicie przypadła mi do gustu i zapadnie mi w pamięć na bardzo długo.

 

Anime rozpoczyna się dosyć nietypowo. Główny bohater, Ayumu Aikawa, wpadł pod ciężarówkę, ratując kota spod kół rozpędzonego pojazdu. W normalnej sytuacji skończyłby na cmentarzu lub, w najlepszym wypadku, w szpitalu z połamanymi kośćmi. Jednak nie jest on człowiekiem, tylko zombie (cóż za niespodzianka, prawda?). Może i wygląda zwyczajnie i nie żywi się trupami, lecz nadal szkodzi mu światło słoneczne: wysusza go na wiór. Ale może wróćmy do początku i przedstawmy wszystko po kolei.

 

Aikawa był kiedyś zwykłym licealistą. Nie cieszył się szczególną popularnością wśród rówieśników, ale lubił swoje życie i zbytnio na nie nie narzekał. Mieszkał sam, ponieważ jego rodzice wyjechali w tajemniczą podróż, w czasie której syn by im jedynie zawadzał. Przysyłali mu od czasu do czasu bezużyteczne przedmioty, które kurzyły się tylko w domowym schowku. Jego samotność zakłóciła pewna dziewczyna przesiadująca pod supermarketem. Na imię jej było Eucliwood Hellscythe, a porozumiewała się jedynie za pomocą kartki i długopisu. Ayumu, próbując się jej przypodobać, zaczął wyprawiać różne śmieszne rzeczy. Tak właśnie zdobył nową przyjaciółkę, która miała odegrać ważną rolę w jego życiu i to już całkiem niedługo.

Wracając do domu, Aikawa zauważył, że ktoś włamał się do pobliskiego budynku. Po dzielnicy grasował akurat seryjny morderca, więc chłopak ruszył na ratunek. Przestraszony rozglądał się po nieznanym pokoju i… bach! Ugodzony został ostrzem prosto w klatkę piersiową. To byłby zapewne koniec anime, gdyby nie pojawiła się Eucliwood i nie wskrzesiła głównego bohatera. Jest ona bowiem nekromantką i to w dodatku najpotężniejszą. Zostaje razem z nowo poznanym kolegą i mianuje go swoim sługą. Aikawa nie ma nic przeciwko temu (a kto by miał, gdyby mógł zamieszkać z piękną dziewczyną…), ale najbardziej interesuje go zemsta na osobie, która go zamordowała. I na tym opiera się główna linia fabularna.

To jednak nie wszystko. Nie dość, że Ayumu stał się zombie, to jeszcze pewnego razu na cmentarzu spotkał Harunę, która okazuje się być masou shoujo. Należy ona do organizacji złożonej z walczących, posiadających magiczne zdolności kobiet. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności Ayumu został przez nią przecięty w pół i otrzymał jej moce. Od tej pory może używać magicznej różowej piły i transformować się w magiczną dziewczynkę, przywdziewając strój zdecydowanie bardziej, ekhem, kobiecy.

W Kore wa Zombie Desu ka? pojawia się dużo różnorodnych postaci; każda posiada interesującą historię i ciekawy wygląd. Oprócz nekromantki i masou shoujo, do pokręconego haremu Ayumu dołączają także: wiecznie oschła dla głównego bohatera wampirzyca ninja – Seraphim oraz Tomonori – która również jest wampirzycą ninja, tylko nieco innego rodzaju – to ona najbardziej przypadła mi do gustu za opór stawiany naszemu licealiście. Podoba mi się również dopasowanie głosów do ról. Nic nie przebije krzyków bitego Ayumu czy podśpiewywania Haruny przy przyrządzaniu posiłku. Bezcenne. Również codzienne relacje bohaterów są niezwykle ciekawe. Wspólnie gotują (lub przynajmniej próbują gotować) nietypowe dania, grają w Twistera, walczą o budyń… i dostarczają widzom wiele frajdy.

Pozytywnie wyróżniła się także ścieżka dźwiękowa, szczególnie jej część prezentowana bezpośrednio w anime, nie w openingu i endingu (te z kolei nie powaliły mnie na kolana). Najbardziej urzekł mnie śpiew dziewczyn: Eucliwood, Haruny itd. Wyszło to bardzo przyzwoicie i nie miałem odruchowej reakcji (jaką miewam w przypadku innych anime), aby przewinąć te momenty; wręcz przeciwnie – z chęcią wysłuchałbym ich po kilkanaście razy.

Jednak to nie dźwięk i nie postacie odgrywają główną rolę w tym tytule. Najważniejszy jest tu humor, a właściwie rozśmieszanie widza do łez. Jest to chyba jedyne anime, które powodowało, że po każdym odcinku na mojej twarzy pojawiał się ogromny banan. W niektórych momentach prawie spadłem z krzesła. Takaomi Kanasaki (reżyser) przekroczył chyba wszelkie granice absurdu, o których myślałem, że są nienaruszalne. Chcecie przykładu? Macie: strój masou shoujo naszego głównego bohatera. Czy sądziliście kiedyś, że chłopak (będący notabene również zombie), będzie latał ratować ludzi w różowym ubraniu i z piłą w tym samym kolorze, a wstążeczki na jego wdzianku będą delikatnie powiewać na wietrze? To już jest jedną wielką bzdurą, a do tego dochodzą jeszcze wszelkie zbliżenia na jego majtki i inne dziwne miejsca (co nie jest już ani trochę przyjemne…).

Również walka nie stanowi najważniejszego elementu Kore wa Zombie Desu ka?. Zazwyczaj nie jest ona szczególnie wyjątkowo ukazana, ale czasami potrafi przykuć uwagę widza. Główny bohater nie ma żadnych supermocy poza nieśmiertelnością, cięciem przeciwników piłą i uderzeniami pięścią. Za to inne postacie posiadają bardzo ciekawe umiejętności, np. tworzą miecze z liści. Warto by wspomnieć także o grafice, jednak nie jest ona ani wyjątkowo piękna, ani brzydka. Chociaż, moim zdaniem, niektóre elementy (takie jak przeciwnicy masou shoujo) mogłyby wyglądać troszeczkę bardziej przerażająco. Nie przeszkadza to jednak w ogólnym odbiorze anime.

Dla niektórych problemem może być natomiast to, że w Kore wa Zombie Desu ka? występują często sceny rodem ze zwykłego ecchi. Na przykład głównemu bohaterowi zdarza się wpadać przypadkiem na dziewczynę, lądując na niej w nietypowej pozycji. Zwykle takie akrobacje kończą się dla Aikawy boleśnie, a dla nas – dość zabawnie: główny bohater zostaje pobity. Jednak elementy ecchi nie powinny być problemem dla młodszych widzów, ponieważ wdzięki kobiet i tak są ukryte przez mgłę. Moim zdaniem słusznie, bo nie przepadam za anime, w których erotyczne momenty są stawiane ponad fabułę (jak np. w Green Green).

A sama fabuła w Kore wa… nie jest ani szczególnie ambitna, ani wybitnie skomplikowana, ale jak na komedię romantyczną z magical girls i innymi dziwnymi stworzeniami jest na całkiem wysokim poziomie. Jej jakość nie pogarsza się wraz z kolejnymi odcinkami, jak to czasami bywa, a ilość ciekawych pomysłów i rozwiązań nawet wzrasta, im bardziej zagłębiamy się w opowieść. Seria wciągnęła mnie tak bardzo, jak wysokobudżetowe i cenione anime typu Bleach, Naruto, Death Note itp. Zagwarantowała mi wiele uśmiechu i zabawy, ale pozwoliła również wczuć się emocjonalnie w historię bohaterów. Twórcom udało się stworzyć w tym anime świetny klimat, za co mają u mnie wielkiego plusa.

Niewątpliwie przygody poczciwego zombiaka i spółki na długo zapadną mi w pamięć. Chętnie będę do nich wracał, aby powspominać zabawne momenty (na przykład niesamowitą scenę z bambusami w OAV) i poprawić sobie humor. Poza tym mam wrażenie, że we współczesnych animowanych serialach zapomina się, iż w większości tego typu produkcji chodzi przede wszystkim o to, by widz przy oglądaniu świetnie się bawił i miał ochotę włączyć kolejne odcinki. Kore wa Zombie desu ka? jest świetną odskocznią od serii wałkujących nieustannie utarte schematy, które już nikogo nie śmieszą.

Mimo że seria liczy zaledwie 12 odcinków (plus jeden OAV), fabuła jest bardzo rozbudowana i skutecznie wciąga widza w wir przygód głównego bohatera. Jestem fanem mocnych anime, w których dominuje walka i dużo się dzieje, ale zachwyciłem się tą serią i otrzymuje ona ode mnie bardzo wysokie noty za lekkość odbioru i radochę, jaką mi sprawiła. Polecam ją każdemu, nawet tym nie wybierającym zazwyczaj pozycji komediowych w podobnym stylu. Przy tym serialu powinniście dobrze się bawić. Ja już czekam z wypiekami na twarzy na kontynuację.

 

Ocena ogólna : 9/10
Treść: 7/10
Oprawa audiowizualna: 8/10